post

Face-off: Z perspektywy dna

Komuś, kto przewidziałby, że po niespełna dwóch tygodniach od startu rozgrywek na dnie tabel obu konferencji znajdować się będą ekipy Columbus Blue Jackets oraz Calgary Flames, bukmacherzy zapewne musieliby zapłacić całkiem spore pieniądze. Drużyna z Ohio po katastrofalnych problemach kadrowych w minionym sezonie (kontuzja goniła wówczas kontuzję) oraz Płomienie, które tak kapitalnie prezentowały się na bardzo silnym Zachodzie, zawodzą jednak na całej linii.

W przypadku Kurtek wydawało się, że tym, czego przede wszystkim zabrakło zespołowi w minionej kampanii, było zdrowie zawodników. Tym razem tego kłopotu Todd Richards nie ma, a do tego zespół wzmocniono m.in. Brandonem Saadem, którego obecność na lodzie i doświadczenie z mistrzowskich sezonów w barwach Chicago Blackhawks, miało dodać jakości na lewym skrzydle. Tymczasem start sezonu w wykonaniu Blue Jackets jest katastrofalny. Siedem porażek w siedmiu meczach, a do tego każda co najmniej dwiema bramkami. Jak już donoszą statystycy zajmujący się NHL, takiej sytuacji nie było jeszcze w historii. Bardzo kiepsko radzą sobie defensorzy, którzy chwilami zachowują się niczym dzieci we mgle, nie do końca wiedząc po co jeżdżą przed bramką Sergieja Bobrowskiego. Rosjanin również jak na razie gra poniżej swojego poziomu – owszem słaba defensywa nie pomaga mu za bardzo, ale nie sposób nie dostrzec, że liczba strzałów, które średnio w meczu lecą w jego stronę, nie należy wcale do najwyższych w lidze.

Taka sytuacja w Columbus nie ma prawa trwać wiecznie i zapewne niebawem drużyna spróbuje odbić się od ligowego dna, ale pozostaje pytanie, czy za plecami graczy na ławce stać będzie jeszcze Richards, czy jednak może menedżer Jarmo Kekalainen nie wytrzyma i podziękuje amerykańskiemu szkoleniowcowi za współpracę. Zmiany w sztabie szkoleniowym mogą być bowiem nieuniknione, patrząc choćby na to, jak słabo radzą sobie formacje specjalne odpowiedzialne za grę w osłabieniu zespołu. Co trzecia taka sytuacja kończy się bramką dla rywali, a przy tym sytuacji takich jest całkiem sporo. Zwłaszcza w meczach wyjazdowych wygląda to koszmarnie dla drużyny z Ohio, która traci wówczas gola niemal w co drugim przypadku. Bez poprawienie tego elementu gry na poprawę wyników fani w Columbus raczej nie mają, co liczyć. Musi nastąpić zmiana jakościowa w grze Blue Jackets. I to bardzo szybko.

Jeszcze ciekawie wygląda sytuacja w Calgary. Flames byli sprawcami jednej z największych sensacji minionego sezonu w NHL. Szli jak burza przez kolejne tygodnie rozgrywek, a nazwiska ich najlepszych graczy niemal nie schodziły z czołówek wszystkich mediów piszących o NHL. Teraz o Płomieniach też robi się coraz głośniej, ale głównie w kontekście ich bardzo słabego startu. Jedna wygrana w sześciu meczach sprawia, że czołówka konferencji zaczyna graczom z Alberty uciekać już w pierwszych tygodniach ligowych zmagań. A w przypadku drużyny z Zachodu ta strata jest tym bardziej bolesna, że w rywalizacji z niezwykle wymagającymi przeciwnikami z konferencji, będzie ją niezwykle trudno odrobić.

W przypadku zespołu z Calgary obudzić się jak najszybciej muszą obaj bramkarze – Jonas Hiller i Kari Ramo stanowili w poprzednim sezonie duet niezwykle solidny, swoimi interwencjami bardzo przysługujący się drużynie. Teraz bronią znacznie gorzej, choć defensorzy Flames też jakby słabiej dbali o to, by w kierunku ich golkiperów strzały rywali nie docierały zbyt wiele razy w meczu. Kuleje obrona, zawodzi atak, poniżej oczekiwań grają bramkarze. Trudno się dziwić, że zespół nie punktuje. Pytanie nasuwa się samo – czy to tylko chwilowa zadyszka, czy może jednak kibiców Płomieni czeka to, co przeżywali fani Avalanche po świetnym sezonie 2013/14, gdy w kolejnych rozgrywkach ich ulubieńcy mocno zawodzili? Drugi scenariusz wcale nie wydaje się być nierealny.

Dalsze losy Kurtek i Płomieni w najbliższych tygodniach będą bez wątpienia bardzo ciekawymi do obserwacji i analizy. Sam chętnie przyjrzę się ich postawie po upływie np. dwóch miesięcy od startu rozgrywek – szanse na poprawę oczywiście są, choć przed hurraoptymizmem fanów obu zespołów bym przestrzegał. Lekko nie będzie, ale jeśli sukcesy przyjdą, to po takim bolesnym początku mogą smakować jeszcze lepiej. Jeśli przyjdą…

(Tekst pisany przed ogłoszeniem nazwiska nowego trenera Columbus Blue Jackets)

post

Face-off: Dolarowy cień końcowego odliczania

Wielkimi krokami zbliża się dziewięćdziesiąty dziewiąty sezon w historii rozgrywek NHL. Dziewięćdziesiąty ósmy, żachną się niektórzy, przypominając lockout sprzed 11 lat. Mniejsza o to. Szykuje się kolejnych 8 miesięcy, w trakcie których będziemy przeżywać wzloty i upadki ulubionych drużyn, fantastyczne mecze, niesamowite gole, kapitalne parady bramkarskie. Wraz z zespołem Edmonton Oilers żegnać będziemy się z halą Rexall Place, a z ekipą New York Islanders witać z ich nowym domem na nowojorskim Brooklynie. I to wszystko już tylko za 120-140 dolarów. No właśnie, „już tylko”?

Polskie stacje telewizyjne od lat ignorują NHL, co część sympatyków hokeja poczytuje sobie za plus, podkreślając, że dzięki takiemu stanowi rzeczy z dobrodziejstwa oficjalnego produktu NHL Gamecenter Live możemy korzystać bez obaw o tzw. blackouty, a jednocześnie nie trafiają do naszych uszu komentatorskie popisy osób, które o realiach hokeju za Oceanem mają niewielkie pojęcie. Niemniej jednak, ja pozostaję wciąż na stanowisku, że bez wsparcia transmisjami telewizyjnymi zainteresowanie amerykańsko-kanadyjską ligą w naszym kraju nie wyjdzie poza wąskie grono prawdziwych fascynatów. Do tego fascynatów, dla których osoby odpowiedzialne za kreowanie polityki cenowej Gamecenter Live przygotowały właśnie niemiłą niespodziankę.

Cena produktu wzrosła bowiem dość znacznie (o kilkadziesiąt procent), co w ostatnich dniach wywołało prawdziwą burzę wśród polskich fanów hokeja. Trudno się dziwić reakcji, choć należy pamiętać, że w ostatnim czasie mogliśmy liczyć na ukłon ze strony NHL, która proponowała nam stawkę niższą od obowiązującej za Oceanem. Niemniej jednak, 100 dolarów dla polskiego klienta i taka sama kwota dla klienta amerykańskiego jawią się jako stawki z zupełnie innych światów, patrząc na poziom zarobków. A promocyjna cena produktu zachęcała do wybrania legalnej formy dostępu do transmisji meczowych. Po zaproponowanych zmianach śmiem zakładać, że liczba subskrypcji z Polski spadnie i choć w globalnych wyliczeniach ta strata dla ligi będzie niewielka, to jednak polscy fani mogą znów stracić zapał do NHL.

Szkoda, bo środowisko zdawało się wzrastać w siłę i tworzyć całkiem sporą liczebnie społeczność. Szkoda tym bardziej, że nadchodzący sezon jawi się jako nadzwyczaj ciekawy. Niemal wszyscy zastanawiają się, jak do ligi wkroczy w barwach Nafciarzy Connor McDavid, uchodzący za największy hokejowy talent od czasów Sidneya Crosby’ego oraz jak zaprezentuje się Jack Eichel, którego z „dwójką” w drafcie wybrały Szable z Buffalo i który zechce zapewne udowodnić, że nie czuje się gorszym od swojego kanadyjskiego rówieśnika. Na bezpośrednie starcie na początku grudnia zęby ostrzy sobie już niejeden fan hokeja. Nim jednak do tego dojdzie, możemy spodziewać się pierwszych odpowiedzi na pytanie, jak obaj odnajdą się wśród najlepszych hokeistów świata.

Pierwsze tygodnie obu 18-latków nie będą jednak jedynymi tematami, jakimi zajmą się fani NHL na starcie ligi. Wielu graczy latem zmieniło barwy klubowe, podpisując nowe, często bardzo korzystne finansowo kontrakty. W kilku zespołach doszło do zmian na stanowiskach trenerów i menedżerów. Trwają też kolejne etapy przebudowy niektórych ekip. To wszystko sprawia, że od pierwszych dni nowego sezonu będzie o czym dyskutować oraz pisać. Także i w tym cyklu, do kolejnych odcinków którego już zapraszam.