post

#MłodziZdolni – Męski sport kobiecym okiem

Jak sama mówi, nie odczuwa presji nazwiska, które nosi na koszulce. Wychowała się w Tychach i od zawsze kibicuje Trójkolorowym. Na trening poszła z koleżanką, a mamie zabroniła przychodzić na mecze. O tym, że jest bardziej pyskata niż inne hokeistki i o tym, że dziadek jest w stanie wyciągnąć dla niej kije z pod ziemi.

IMIĘ I NAZWISKO: Oliwia Garbocz

MIEJSCE URODZENIA: Tychy

WYCHOWANEK: Atomówki Tychy

WIEK: 20 (12. 06.1998)

KLUB: Atomówki Tychy

POZYCJA: obrońca

PSEUDONIM: Garbi

» Zawodniczka klubu Atomówki Tychy

» Reprezentantka kraju do lat 18 i kadry seniorskiej

Paulina Laby: Zainteresowałaś się hokejem, ponieważ…?

Oliwia Garbocz: Najprościej byłoby powiedzieć, że tata, wujek i dziadek grali w hokeja, ale w sumie jak szłam na pierwszy trening, to raczej nie z tego powodu (śmiech).  

Więc jak to wszystko się zaczęło?

-Chodziłam do klasy o profilu hokejowym. Był nabór do Atomówek. Koleżanka zapytała mnie, czy z nią nie pójdę i poszłam. Z tym jest też związana śmieszna historia. Gdy zapytałam taty czy mogę iść na nabór, to myślał, że chodzi mi o taki, gdzie dzieci pierwszy raz przychodzą, żeby się sprawdzić. Dopiero, kiedy tata koleżanki wytłumaczył mu, że chodzi o Atomówki to on zrozumiał o co chodziło mi z tym całym naborem (śmiech)

Czujesz presję nazwiska?

-Raczej nie. Wydaje mi się, że zainteresowanie damskim hokejem, w porównaniu z męskim ma ogromną przepaść. Podejrzewam, że osoby, które teraz interesują się tym sportem nie pamiętają tego nazwiska. Moja rodzina grała prawie 20 lat temu, albo nawet więcej, a co za tym idzie, to już inne pokolenie. (śmiech)

Trenuje Cię tata. Ma wobec tego większe wymagania w stosunku do Ciebie?

-Nie traktuje mnie jakoś ostrzej albo na specjalnych zasadach. Jestem jak każda zawodniczka, z tym, że trochę bardziej pyskata od pozostałych (śmiech). Dosyć często się z nim kłócę. Gdyby nie trenował mnie tata, to albo bym się nie mogła kłócić, albo mogłabym za to nieźle oberwać (śmiech). Więc może w tej kwestii jest dla mnie trochę łagodniejszy.

Przenosicie życie zawodowe do domu?

-Na tematy hokejowe w naszym domu się nie rozmawia. Przynajmniej ja się staram, a gdy tylko zaczyna się jakiś temat, to mówię, że mam wolny czas, a nie jestem na treningu, żeby musieć ciągle o tym rozmawiać. Czasami, gdy oglądamy razem mecz, to zdarzy nam się powiedzieć, że ktoś mógł lepiej coś zrobić, albo komuś podać. O Atomówkach staramy się nie rozmawiać.

Kto Cię bardziej wspiera?

-Z mamą się o hokeju nie rozmawia (śmiech). Moja mama jest uczuciowym człowiekiem, potrafi rozpłakać się na hymnie Polski, więc ona na moje mecze nie chodzi. Była chyba raz. Zagrałam może dwie, albo trzy zmiany, a ona już płakała na trybunach. Powiedziałam jej wtedy, że ma kategoryczny zakaz przychodzenia na mecze (śmiech). Tata cały czas widzi co się dzieje i jak gram. Zawsze coś powie, da mi jakąś wskazówkę, albo pochwali. Dziadek też czasami dorzuci swoją złotą myśl, więc każdy przyczynia się do tego żebym czuła, że mam wsparcie. Największą wagę przykładam jednak do tego, żebyśmy wspierały się razem w szatni, bo to dziewczyny są na lodzie razem ze mną.

Analizujesz swoje spotkania?

-Kiedyś tak, teraz już nie. Wcześniej miałam taką możliwość, bo mama koleżanki nagrywała nasze mecze. Dzisiaj tego nikt nie robi, więc nawet gdybym chciała, to nie mam jak tego zrobić. Czasami, gdy wiem, że będzie urywek spotkania na przykład w TV Katowice, to szukam siebie i wtedy mówię sobie, że to nie mogę być ja (śmiech).

Hokej to bardziej pasja, czy przyszłość?

-W Polsce niestety nie ma w tym przyszłości. Na ile pozwoli mi uczelnia, praca i dalsze plany, na tyle będę chciała dalej trenować i grać. Nie mogę jednak stawiać hokeja wyżej niż pracę zawodową. Niestety nic nie będę z niego miała oprócz wspomnień. Takie są realia w kobiecej lidze.

Czym teraz zajmujesz się oprócz trenowania?

-Studiuję turystykę i rekreację na Akademii Wychowania Fizycznego w Katowicach.

Czyli nie odstawiłaś sportu na drugi plan?

-Oczywiście, że nie. Co prawda jestem na specjalizacji rekreacja ruchowa z odnową psychosomatyczną, ale to dlatego, że nie spodobała mi się specjalizacja na przewodnika turystycznego (śmiech).

Pamiętasz swój pierwszy mecz?

-Przesiedziałam prawie cały na ławce (śmiech). Gdy zaczynałam były inne przepisy, dlatego wszystkie młode dziewczyny , które siedziały w boksie, były tylko po to, żeby wypełnić protokół. Tata wpuścił mnie na ostatnie 10 sekund. Stanęłam wtedy na prawym skrzydle i nic więcej nie pamiętam oprócz tego, że przegrałyśmy (śmiech).

Wtedy Atomówki zaczynały się odradzać, a jak jest teraz?

-Teraz, to ciężko powiedzieć. Z pewnością w lidze prym wiedzie Polonia Bytom, której mało kto jest w stanie dorównać. Zawodniczki, które reprezentują ten klub, grają na bardzo wysokim poziomie, ale już nie są w stanie się rozwijać. Nasza drużyna moim zdaniem będzie potrzebowała kilku sezonów na to, żeby stać się jak one. Chociaż jeszcze przed play-offami, udało nam się urwać im punkt, z czego byłyśmy bardzo zadowolone.

Chcecie obronić brąz czy celujecie wyżej?

-Każdy ma wyższe cele, ale gdybyśmy obroniły brąz byłoby świetnie. Co więcej jest to naszym priorytetem, bo chcemy pokazać, że medal z zeszłego roku nie był wypadkiem przy pracy, a świadectwem ciężkich treningów i poświęceń.

Co możesz powiedzieć o reprezentacji?

-Swoje pierwsze powołanie dostałam do kadry juniorskiej, w pierwszym sezonie jej powstania. Później za każdym razem, gdy mogłam ją reprezentować, to dostawałam swoją szansę. Była do reprezentacja do lat 18. Na mistrzostwa pojechałam jednak dopiero w moim ostatnim sezonie, kiedy mogłam reprezentować Polskę. Wcześniej zawsze powineła mi się noga i nie łapałam się do składu. A jeśli chodzi o kadrę seniorską, to w poprzednim roku, w sierpniu dostałam powołanie na wyjazd do Budapesztu, który wspominam bardzo dobrze.

Bardziej cieszy gra w klubie, czy w reprezentacji?

-W klubie czuje się pewniej, bo mamy swój skład i wiem z czym to się je. Gdy jeżdżę na kadrę, to połowa dziewczyn jest bardzo ze sobą zżyta. Zawodniczki są ze sobą ograne i czują się jak u siebie, więc jest to trochę inna sytuacja. Większą przyjemność sprawia mi chyba gra w klubie, bo wiem na co mogę sobie pozwolić. Kadra za bardzo mnie stresuje (śmiech).

Potrafisz się dogadać z młodszymi dziewczynami w szatni?

-Tak. Wiadomo, czasami są jakieś spięcia, ale zależy jak kto do tego podchodzi. Najczęściej dzieje się to w trakcie meczu, gdy starsza dziewczyna, która jest ograna powie młodszej, że zrobiła coś źle, albo ją skrytykuje za daną akcję. Wszystkie jednak wiemy, że musi to być konstruktywna krytyka i nie kładziemy sobie kłód pod nogi.

Co myślisz o powoływaniu do seniorskiej kadry zawodniczek z rocznika 2002 i 2003 ?

-Na pewno warto testować nowe zawodniczki, ale szczerze mówiąc nie wyobrażam sobie tych dziewczynek w reprezentacji seniorskiej (śmiech). Dla mnie one są po prostu malutkie. Na takie zgrupowania zjeżdżają kobiety, które mogłyby zrobić im krzywdę.

Rywalizujecie ze sobą w trakcie trwania zgrupowania?

-To trzeba rozgraniczyć. Każda chce się dostać na mistrzostwa, czy jakiś turniej. Rywalizację zazwyczaj widać pomiędzy dziewczynami, które grają w trzeciej, bądź czwartej piątce, bo na mistrzostwa jak wiadomo jadą tylko trzy. Jeśli jest się w pierwszej, bądź drugiej, to można być przekonanym, że tam się zostanie i będzie kolejne powołanie. Dziewczyny z dwóch ostatnich, tego przekonania mieć nie mogą, dlatego rywalizują.

A jeśli masz wolny czas, to co lubisz robić?

-Kiedyś bardzo lubiłam oglądać seriale. Potrafiłam obejrzeć kilka odcinków i skończyć seans o 3 w nocy. Teraz mam tego czasu trochę mniej, bo studia i praca, ale czasami wypadnie jakieś dziekańskie, czy rektorskie, to mam czas dla siebie. Delektuje się wtedy nic nie robieniem.

Numer na koszulce ma znaczenie?

-Zawsze chciałam grać z trójką, bo mój tata w reprezentacji miał ten numer. Gdy przyszłam do Atomówek, to już był zajęty. Zaczynałam z 27, ale moja koszulka była za duża i tata koleżanki tak pozmieniał, że trafiła do mnie czternastka. Od tego czasu już się z nią nie rozstaję i zawsze staram się dorwać ten numer w reprezentacji (śmiech).

Masz marzenie związane z hokejem?

-Chciałabym, żeby jak najdłużej sprawiało mi to przyjemność. Żebym miała możliwość grania w tej lidze i aby drużyna funkcjonowała. Nasza liga jest tak bardzo nieobliczalna, że w jednym sezonie gra 9 zespołów, a w drugim sezonie są 4. To jest loteria i wszystko zależy od tego, czy miasto chce sponsorować klub, czy nie.

Jeśli chodzi o wyposażenie, hokej jest drogim sportem. Jak często zmieniasz kij?

-Kij wymieniam, gdy mi się złamie (śmiech). Przez cały okres mojej gry złamałam może, dwa kije? (śmiech). Czasami gra się nawet z pękniętym kijem, do momentu aż nie uprzykrza to życia. GKS ma ich kilka na mecz. My, wiadomo, nie gramy tak ostro i nawet gry kij ma jakąś wadę to tego nie odczuwamy. Sprzęt wymieniam bardzo rzadko. Ostatnio były to łyżwy, a kije zawsze załatwia mi dziadek, śmieje się, że wyciąga je dla mnie z podziemi. (śmiech)

Jeśli mowa o GKS-ie. Tam się wychowałaś, co dla Ciebie znaczy ten klub?

-GKS pokazał mi prawdziwy hokej i zawsze będę związana z tym klubem. Staram się być na każdym meczu i dopingować chłopaków w walce o najwyższe cele.

Kim chciałaś zostać, gdy byłaś mała?

-Na pewno nie hokeistką (śmiech). Zawsze powtarzałam, że nie będę grać w hokeja, a co najwyżej mogę zostać łyżwiarką figurową.

Czym dla Ciebie jest hokej?

-Zabawa, wspomnienia i możliwość wyżycia się