post

#MłodziZdolni – Nowa część „trójkolorowych”

Wzrost, waga i dobra postawa ciała mogły dać mu predyspozycje do tego, by kiedyś grał w ataku śmierci lub obronie nie do przejścia. Wybrał bramkę, z którą związany jest już kilkanaście lat i nigdy nie pomyślał o tym by spróbować czegoś innego. O tym, że w Tychach ochrzcili go „Czeci” i o tym, że dzięki niemu GKS zdobył Puchar Polski.

IMIĘ I NAZWISKO: Jakub Zawalski

MIEJSCE URODZENIA: Tychy

WYCHOWANEK: MOSM Tychy

WIEK: 19 (15.01.99)

KLUB: GKS Tychy

POZYCJA: Bramkarz

PSEUDONIM: Zawal, Czeci

» Zawodnik pierwszej drużyny GKS Tychy

» Zawodnik SMS PZHL U20 Katowice

» Reprezentant Polski do lat 16 i 18

» Uczeń Szkoły Mistrzostwa Sportowego w Katowicach

Paulina Laby: Ile miałeś lat, gdy zacząłeś trenować?
Jakub Zawalski: Miałem 3 lata i początki to była jedna wielka katastrofa (śmiech). Swoje pierwsze treningi pamiętam bardziej jako to, że poznawałem lód i się do niego przytulałem całym ciałem, a nie tylko łyżwami. (śmiech)

Skąd pomysł na uprawianie tej dyscypliny ?
-Moja cała rodzina jest związana z hokejem. Pamiętam, że wujek od strony taty bardzo się interesował tym sportem i od niego dostałem swojego pierwszego kija. Od razu mi się to spodobało. Później rodzice zabrali mnie na pierwsze treningi i tak już zostało. (śmiech)

Myślałeś kiedyś o innej pozycji już bramkarz? Masz dobre predyspozycje do gry w napadzie czy obronie.
-Predyspozycje może i mam, ale tak na prawdę, to nigdy nie próbowałem grać gdzie indziej. (śmiech) Zawsze była tylko bramka, być może też ze względu na to, że od dziecka fascynowała mnie gra Arkadiusza Sobeckiego. Gdy chodziłem na mecze, patrzyłem tylko na niego i chciałem po prostu być jak on.

Od kogo otrzymujesz największe wsparcie?
-Od siostry, zdecydowanie. Ona jest moją opoką. Dzięki niej jestem tu, gdzie jestem. Wspiera mnie gdy mam cięższą chwilę, albo kiedy nie potrafię skoncentrować się na tym co robię.

Jest kimś w rodzaju psychologa?
-Chyba mogę tak powiedzieć. Zawsze mi pomaga. Zdarzy się to też po przegranych meczach, ale wtedy raczej wolę odciąć się od świata i z nikim nie rozmawiać. Przemyśleć swoje błędy i nie konsultować się z żadną osobą.

Czyli analizujesz swoje rozegrane spotkania?
-Analizuje, ale tylko przez chwilę. Słyszałem kiedyś dość ciekawą historię od Kamila Kosowskiego. Opowiedział mi, że pewien bramkarz ze Szwecji po rozegranym spotkaniu zjechał do szatni i przyszedł do niego trener mówiąc, że za chwilę porozmawiają o tym co wydarzyło się w meczu. Ten tylko spojrzał na niego i zapytał go o jakim meczu chce rozmawiać. Zawodnik już nic nie pamiętał. I to jest właśnie najważniejsze, żeby się odciąć od tego co było i żyć już następnym spotkaniem, które Cię czeka.

Co jest dla Ciebie na pierwszy miejscu, sport czy rodzina?
-Ciężkie pytanie (śmiech). Myślę, że rodzina jest ważna, ale to sport wygrywa. Jest to całe moje życie. Często się zastanawiam, co by było gdybym nie trenował i jakoś nie wróżę sobie świetlanej przyszłości (śmiech). Sport to mój priorytet, może kiedyś się to zmieni, gdy będę miał już żonę i dzieci, ale na razie to hokej jest najważniejszy.

Co robisz w wolnym czasie?
-Wolny czas? A co to takiego? (śmiech) Mam go bardzo mało, więc głównie to śpię. Jeśli muszę to się uczę, a gdy nie, to po prostu odpoczywam. Z pewnością nie oglądam meczów hokeja. Może dziwnie to brzmi, ale po prostu nie lubię. Mogę grać i trenować, ale nie oglądam (śmiech).

Obecnie chodzisz do trzeciej klasy liceum. Łatwo jest Ci połączyć sport z nauką?
-Teraz jest trochę trudniej. Jestem w klasie maturalnej, a do tego podpisałem kontrakt z GKSem. Dzień w dzień muszę jeździć do Katowic i wracać do Tychów. Typowy dzień wygląda teraz tak, że od 7:30 do 9 mam lekcje, o 10 do 11:30 wychodzę na lód w Tychach. O 13 jestem znowu w Katowicach i mam zajęcia. Jest to nieco szalony plan dnia, ale gdybym nie miał możliwość grania w GKS-ie, to pewnie miałbym tylko lekcje i chodził spokojnie na trening. Miałbym czas na naukę, a tak zdarza się, że muszę zarwać jakąś noc (śmiech)

Jak wygląda typowy dzień w szkole?
-6:45 pobudka, od 7:30 do 9 mamy lekcje, potem 10 – 11:15 trening na lodzie ma pierwsza grupa. Druga zaczyna o 11:30, ale to akurat różnie, bo zależy jak mamy akurat treningi. No i na koniec od 13:15 lub 14 zajęcia. Albo szybkie trzy lekcje, albo siedzimy do 18 (śmiech).

Macie kary za nie przyjście na śniadanie?
-Wiadomo, że są kary. Może nie akurat teraz w Katowicach, ale w Sosnowcu były i to srogie. Zdarzyło mi się nawet kiedyś biegać o 6 rano po parku Sieleckim. Ale nie byłem wtedy sam, bo zawsze znalazła się jakaś ekipa, która też nie chciała iść na śniadanie. Były też takie dni, że czasem pół internatu musiało biegać. (śmiech)

Jesteś w Szkole Mistrzostwa Sportowego, czy od Was jako uczniów wymaga się więcej?
-Z pewnością oczekuje się od nas dobrej gry. Często powtarza się nam, że jesteśmy swego rodzaju elitą, która została wybrana do jedynej w Polsce szkoły, specjalizującej się w tym sporcie. Nie każdy może się tam znaleźć, więc musimy prezentować jakiś poziom. Tak samo jest gdy wracamy do klubów na Mistrzostwa, czy różnego rodzaju rozgrywki. Wtedy też oczekuje się naszego maksimum. Jest to równoznaczne z tym, że wymagało się, wymaga i będzie wymagać się gry na bardzo wysokim poziomie.

Pamiętasz swój pierwszy mecz?
-Pierwszy? Myślałem, że będą łatwiejsze pytania (śmiech). Przyznam się szczerze, że nie pamiętam. Ale wiem, kiedy zagrałem swój pierwszy w Polskiej Hokej Lidze. To było w tamtym sezonie jeszcze w SMS-ie Sosnowiec. Graliśmy z Jastrzębiem. To był drugi mecz, na który się przebierałem, ale pierwszy, w którym zagrałem. Po 15 minutach mój kolega skręcił sobie kolano. Przez ten czas pięć razy zdążył wyciągnąć krążek z siatki (śmiech). Ja wszedłem na 5 minut i było to 5 minut na zero. Jak wychodziłem na drugą tercje i patrzyłem na twarze zawodników to widziałem w nich jedną wielką niepewność, która pytała czy może lepiej byśmy nie zrobili, gdybyśmy zostali w szatni. Ale ja poszedłem uratować wynik. Skończyło się 15:0, więc z mojego wybawiania zespołu wyszło niewiele (śmiech).

Pamiętasz kto strzelił Ci wtedy pierwszego gola?
-Mógł być to Leszek Laszkiewicz albo.. Dominik Paś.

Grałeś również w reprezentacji do lat 16 i 18. Co się czuje gdy się dostaje powołanie?
-Dumę, radość.. Jest to wielkie wyróżnienie dla zawodnika, a tym bardziej dla bramkarza. Swój pierwszy mecz zapamiętałem jako ten, w którym miałem swoje wyjście a’la Stefan Zigardy. To było na początku drugiej tercji, lód był jeszcze świeży i nie było śniegu, na którym można było się zatrzymać. Wyskoczyłem do zawodnika, który był za kołami bulikowymi, rzuciłem się, krążek skierowałem do rogu, odwróciło mnie i nie byłem w stanie zahamować. Skończyłem pod linią środkową, czerwoną, ale nie straciliśmy wtedy gola (śmiech).

Jak motywujecie się przed meczem?
-W GKSie jest to zawsze głośna muzyka, która nas motywuje. Dodajemy sobie wsparcie jakimś poklepaniem po ramieniu, mówimy sobie, że musimy zagrać jak najlepiej i gramy. Jeśli chodzi o pierwszą ligę i występy dla szkoły to chyba każdy wolimy motywować się wewnętrznie. Na tych spotkaniach zawsze są trenerzy kadry, którzy później mogą Cię powołać lub nie. Każdy chce być najlepszy i pokazać się z dobrej strony. Jesteśmy zapleczem kadry, nie możemy sobie opuszczać żadnego meczu. Pokazujemy im po prostu, że mogą na nas liczyć.

Podpisałeś kontrakt z GKSem. W meczu z Anteo Naprzodem Janów dostałeś swoją szansę.
-Tak, było to dla mnie niezwykle przeżycie. Spełniło się wtedy jedno z moich marzeń. Jestem z Tychów, zagrałem dla GKSu i znaczy to dla mnie bardzo wiele. A co do samego meczu. Zagrałem 20 minut i wyjechałem na lód dość niespodziewanie. Pamiętam jak przy stanie bodajże 7:0 trener Gusow i trener Sobecki rozmawiali i patrzyli się w moją stronę. Pod koniec drugiej tercji podszedł do mnie trener i powiedział, że może wszedłbym do bramki. Czekałem na to całe swoje życie, więc poszedłem się rozgrzać i po syrenie wyjechałem do bramki.

Co pamiętasz z tego meczu?
-Niewiele (śmiech). Przychodziło mi przez myśl milion dwieście rzeczy na raz. Co, jak, dlaczego? (śmiech). Modliłem się tylko żebym nie zrobił nic głupiego, ale też się nie udało. Zaczęła się tercja, krążek został wysłany do naszej części lodowiska. Ustawiłem się z myślą, że odbije krążek tak, że poleci za bramkę i nie wyszło. Widziałem tylko jak guma przelatuje obok mojego kija i co najwyżej mogłem odprowadzić ją wzrokiem, na szczęście któryś z Bartków był przy bramce i zabrał krążek. (śmiech) Pamiętam, że na początku byłem pokłócony ze swoją łapaczką, która nie chciała nic łapać i wszystko odbijała. Na szczęście słyszałem, że zawodnicy dopingują mnie z boksu i stoją za mną murem.

Za nami Puchar Polski, byłeś obecny, mimo, że nie grałeś. Wynik, z którego wyszli hokeiści GKSu był imponujący. Jak się czułeś, gdy jako część drużyny mogłeś podnieść Puchar za jedno z najważniejszych wydarzeń hokejowych w Polsce?
-To był kosmiczny finał. Ktoś określił go jako mecz z piekła do nieba i muszę się z tym zgodzić. Podnosząc puchar czułem ogromną radość. Jest to niezwykle uczucie, kiedy podnosi się tak ważne trofeum. Była w głowie świadomość tego, że możemy wrócić do Tychów z niczym, ale nasi zawodnicy pokazali ogromną klasę i zwyciężyli. W przeddzień finału pamiętam, że spędziłem cały poranek z Jarkiem Rzeszutko, który trenował na mnie rzuty karne. Próbował wielu rozwiązań i kilka razy nawet mu się udało. Karnego, którego strzelił później w meczu z Jastrzębiem trenował na mnie i dokładnie tak samo pokonał Tomasa Fucika. To trafienie dało Tychom miejsce w finale, więc chyba mogę powiedzieć, że poniekąd też przyczyniłem się do tego pucharu.

Jak mówią na Ciebie w szatni GKSu?
-Czeci (śmiech). Wzięło się to stąd, że gdy przyszedłem do klubu na początku sezonu, zawodnicy nie wiedzieli jak się do mnie zwracać. Stałem wtedy koło Kamila Lewartowskiego i Michał Woźnica zawołał „Ej, Czeci! ”. Odwróciłem się ja z Kamilem i wtedy już się przyjęło, że będą tak na mnie wołać, bo Kamil to po prostu Lewar.